Gdy odchodzi Gospodarz…
Wiadomość o śmierci ŚP Księdza Ludwika Michalika, długoletniego proboszcza Parafii p.w. Matki Bożej Różańcowej w Charsznicy i długoletniego Dziekana tutejszego Dekanatu doszła do nas, rodziny Malatyńskich, późno. Zbyt późno. Nie zdążyliśmy się z Nim pożegnać, nie zdążyliśmy podziękować za serdeczność i przyjaźń, za życzliwą pamięć o rodzinie, a głównie o Antonim Malatyńskim, przemysłowcu, właścicielu Zakładów Przemysłowych w tej miejscowości, działaczu społecznym, pomysłodawcy budowy kościoła, parafii, ale i budowniczym szkoły, noszącej od lat, także dzięki historycznym zamiłowaniom księdza Michalika, imię Antoniego Malatyńskiego , a z którą to szkołą jesteśmy związani do dziś.
Nie zdążyliśmy złożyć hołdu temu bardzo skromnemu i bardzo pracowitemu Kapłanowi, zasłużonemu Gospodarzowi Parafii, ale i tej Ziemi, tego miejsca, któremu był oddany i dla którego pracował przez pół wieku. Rzeczywistemu Ojcu Duchowemu wszystkich Parafian, Mieszkańców tej szczególnej Gminy, w której zawsze było dużo wzajemnej troski o ludzi, dużo ciepła i takiej czujnej myśli o wszystkich… żeby wszystkim tu było dobrze. Ksiądz Ludwik miał w sobie taką jednoczącą, pozytywną energię, jak często mówili tutejsi Mieszkańcy. Znał wszystkich, uczestniczył we wszystkich okresach ich życia, tych chrzcił, tych uczył w szkole, udzielał ślubów … prowadził na cmentarz. Normalnie, jak to przez pół wieku gospodarzenia. Był zawsze obecny.
Znaliśmy Księdza od momentu, gdy się tu zjawił, czyli od początku lat siedemdziesiątych. Przyjeżdżaliśmy tu często pod byle jakim pozorem, lub bez pozoru, a wszystko dlatego, że Jerzy Malatyński, wnuk Antoniego, mój nieżyjący już Mąż, darzył Charsznicę specjalną miłością. Była dla Niego Arkadią, najczulszym wspomnieniem z dzieciństwa. Pierwszym miejscem, które świadomie poznawał. Urodził się wprawdzie w Warszawie, z którym to miejscem była i jest do dziś związana większa część rodziny, ale urodził się tuż przed II wojną światową. Gdy więc trzeba było uciekać z Warszawy, to wraz z rodzicami wylądował właśnie w Charsznicy, u Dziadków. Tu zaczął poznawać świat. Tu poznał swoje pierwsze, wielkie miasto – Miechów, jak pisał w swojej książce o tym miejscu. Charsznica dla wielu członków rodziny stała się w różnych latach wojny prawdziwym centrum świata. Stąd, z Charsznicy, młodsi członkowie licznej rodziny Malatyńskich (pięciu synów, jedna córka, kuzyni, współmałżonkowie ) jechali do Powstania Warszawskiego, a potem, ci, którzy przetrwali, powracali tu, wraz z kolegami, znajomymi, i właśnie tu, pod opieką Dziadków przeżyła i ukrywała się do dońca wojny, spora ich grupa.
Ksiądz Ludwik nie znał Antoniego Malatyńskiego. Dziadek zmarł nagle w 1949 roku, gdy państwo ludowe odebrało mu Fabrykę – marzenie i dorobek jego życia. Nie znał go osobiście, ale znał legendę o nim. Fabryka, z której wygnani zostali właściciele – niszczała, mury się rozpadały, ale pozostały inne walory tej rodziny w Charsznicy. Istniała jeszcze kaplica, którą stworzył Antoni Malatyński na swojej ziemi, a która miała być zaczynem pod budowę kościoła, jeśli już będzie taka możliwość w przyszłości. Bo kościoła tu nigdy nie było. Był w sąsiednim Chodowie, i do tamtej parafii należała Charsznica. W Charsznicy natomiast istniała szkoła, duża, bardzo funkcjonalna, zbudowana także z kapitału Dziadka, jeszcze w 1929 roku. Szkoła istnieje do dziś. Z tą szkołą Ksiądz Ludwik Michalik też przez wiele lat był związany.
Ksiądz Ludwik, jako młody wikariusz przybył do Charsznicy w 1970 roku. Młody jako kapłan, ale już doświadczony, jako człowiek: przed laty, po maturze w swojej rodzinnej Wieliczce, został przymusowo wcielony do wojska i skierowany do pracy w kopalni „Concordia” w Zabrzu. Do końca życia brał udział w dorocznych spotkaniach żołnierzy-górników, represjonowanych w czasach stalinowskich.
Potem, po służbie górniczej było seminarium i kapłaństwo: przybył więc do Charsznicy jako młody wikariusz, a już w 1974 roku dostał od swojego zwierzchnika, ks. Biskupa Jana Jaroszewicza zadanie specjalne, aby utworzyć tu parafię. Kościoła nadal nie było, jako parafia działała cały czas, podniesiona do tej rangi Kaplica, zbudowana jeszcze przez Antoniego Malatyńskiego. Zaczął się bardzo długi czas budowy prawdziwego, własnego, charsznickiego kościoła, którego ksiądz Ludwik, decyzją swoich zwierzchników – był od początku proboszczem. Pierwszym proboszczem kościoła w budowie. Zresztą, długa jeszcze była droga, by doczekać pozwolenia na budowę. Ono nastąpiło dopiero po nastaniu „Solidarności”. A sam kościół był gotowy dopiero w 1986 roku. W 1988 roku natomiast do specjalnie wybudowanej w kościele krypty, ksiądz Ludwik przeniósł z miejscowego cmentarza w Chodowie, prochy Antoniego Malatyńskiego, jego żony Jadwigi i jednego z ich synów, Jana, zmarłego tragicznie w 1937 roku. Pamiętam, że zorganizował wtedy naszej rodzinie wielką uroczystość. Wzięło w niej udział 15 najbliższych krewnych, jak zapisał Ksiądz Ludwik.
I jeszcze raz, wiele lat później też odbyła się rodzinna uroczystość Malatyńskich, a choć odbywała się gdzie indziej, bo w charsznickiej szkole, to Ksiądz Ludwik też „maczał w tym palce”: w 2003 roku, uchwałą Rady Gminy Charsznica obie Szkoły i podstawowa i gimnazjum otrzymały imię Antoniego Malatyńskiego. I pamiętam, że ksiądz Ludwik został wtedy wybrany Przewodniczącym Komitetu Nadania Imienia Szkole.
Uczestniczyliśmy i w tej uroczystości, a było nas także sporo. Od tego momentu zresztą, do dziś i na pewno jeszcze długo, rodzina przyznaje doroczną nagrodę dla najlepszego ucznia.
W 2008 roku Ksiądz Ludwik Michalik napisał i wydał wzruszającą książeczkę o całej swojej kapłańskiej drodze w Charsznicy. Napisana tak niby „sucho”, „po męsku” ma w sobie tak przeogromną ilość obserwacji, ale i uczuć serdecznych, a wszechstronnych, tych dotyczących organizacji i funkcjonowania parafii, ale także życia religijnego , działalności społecznej, że aż z zachwytem i podziwem się to czyta. Wzruszające są np. różne działania wspólne, które pięknie budują wspólnotę, takie, jak choćby, zapoczątkowane przez Księdza Ludwika „parafiady”, a w nich konkursy, spotkania, gry, konkursy plastyczne, ważne, bo dochód z tych dorocznych spotkań zawsze przeznaczony jest na pomoc dla kształcącej się młodzieży, pochodzącej właśnie z Charsznicy. Jest tam też wielki rozdział, bardzo drobiazgowo pokazujący wszystkie etapy budowy kościoła. Jak to ziemię darowaną przez Antoniego Malatyńskiego właśnie pod nowy kościół, trzeba było poszerzyć o inne darowizny, jak trzeba było gromadzić kapitał, a ksiądz Ludwik, jak dobry kasjer i księgowy w jednym – zapisywał i podliczał: kto darował, kto budował, jakie ekipy, cała ta fascynująca droga ku wielkości duchowej, jaką stał się kościół ma tu więc bardzo konkretne, bardzo drobiazgowe zapisy „techniczno-buchalteryjne”.
***
Wśród rozmaitych budów, które wymyślił i zrealizował ten Ksiądz-Gospodarz jest zbudowany tuż przed parafią i kościołem Dom Opieki Społecznej. Ksiądz Ludwik bardzo był z niego dumny. Ale, czy przewidział, że w ostatnim okresie swojego życia, gdy już będzie wymagał codziennej opieki, to tam właśnie zamieszka? Tak bliziutko swojego całego życia! Jego następca, nowy proboszcz, ksiądz Kwaśniewski, o którym Ksiądz Ludwik mówił z uznaniem, że młody, silny i bardzo pracowity, co to żadnej roboty się nie lęka, bardzo dbał o to, aby Ksiądz Ludwik, nawet na emeryturze mieszkał u siebie: w swoim pokoju, wśród swoich książek. Dopiero, gdy potrzebna była cała opieka Ksiądz Ludwik przypomniał sobie o Domu wybudowanym naprzeciw. Był tam.
Gdy dwa lata temu zmarł mój Mąż, Ksiądz Ludwik już nie mógł przyjechać. Ale do Krakowa przyjechał nowy Ksiądz Proboszcz, prowadził pogrzeb, sztandary Charsznickiej Szkoły pochylały się nad grobem, nie wiedzieliśmy, że czas znowu minie tak szybko, że nie zdążymy się już spotkać.
Żegnaj Księże Ludwiku, zawsze Ksiądz pozostanie dla nas symbolem Charsznicy i prawdziwego, dobrego gospodarowania tym małym-wielkim światem.
Maria Malatyńska

